michno bloguje
9lut/125

Na Olsztyn!

Przede wszystkim - witam wszystkich serdecznie w 2012 roku. Póki co, pierwszy miesiąc był pełen protestów przeciwko ACTA (w których sam uczestniczyłem), ale miejmy nadzieję, że wszystko będzie po staremu, albo nawet korzystniej niż było.
Przez ostatnie dni, walcząc z Uniwersytetem i zaliczeniami semestru letniego, podsłuchałem jak to Przemek - szalony współlokator - wybiera się na OlCampTech 25 stycznia, w celu wygłoszenia prezentacji na temat bezpieczeństwa aplikacji webowych. Cóż, z tej okazji, że na uczelni zaczęła mi się sesja, a jak powszechnie wiadomo student w trakcie sesji zrobi wszystko żeby się nie uczyć, postanowiłem się doczepić do tej szalonej, ponad 1000km podróży polskimi środkami komunikacji.

Na Olsztyn! 1
źródło: maps.google.pl

Pociągiem, samochodem, autobusem...?

Cóż, połączenie kolejowe z Rzeszowa do Olsztyna wiązało się z dwiema przesiadkami oraz 16h tłuczeniem się w wagonach. Poza tym, perspektywa spędzenia kilku godzin w polu z powodu jakiejś awarii w taką mroźną pogodę nie była zachęcająca.
Samochodem? Teoretycznie tak, jednak ceny paliwa + spalanie benzynowego silnika o poj. 1,8l nie wróżyła dobrze dla naszych kieszeń. Została nam komunikacja autobusowa.
Tutaj, akurat jest lepiej - duża firma przewozowa organizuje kilka wyjazdów dziennie do Stolicy, więc to nie był problem. A z Warszawy już PolskimBusem do Ostródy, a stamtąd już 'coś się wymyśli'.

Środa, 5:45 rano. Wychodzimy z mieszkania, idziemy na dworzec w Rzeszowie. Pogoda - mroźna, ale idzie wytrzymać, zwłaszcza jeżeli ma się dobre tempo marszu. Gdy miasto budzi się do życia, wsiadamy do autobusu, zajmujemy miejsca, na moje nieszczęście przy grzejniku, czego później żałowałem. Ruszamy. Za oknem niczego nie widać, więc nie pozostaje nic innego jak założyć słuchawki i spróbować zasnąć. Mi ta sztuka się nie udaje, a Przemysław śpi jak zabity.
W okolicach Radomia grzejnik już zaczął dawać mi się we znaki i parzyć w nogę. W dość niewygodnej pozycji, w okolicy 11:10, wylądowaliśmy na przystanku przy Dworcu Centralnym. Zostało nam 20 minut na dotarcie na stację Metro Wilanowska, więc biegiem na stację metra Centrum.

Komunikacja podziemna w Warszawie

Cóż, tutaj muszę powiedzieć, że mimo skończonych 20 lat, to była moja pierwsza wizyta w metrze. Wcześniejsze wypady do Warszawy ograniczały się do okolicy Placu Defilad i Krakowskiego Przedmieścia, ale poruszaliśmy się autobusem po powierzchni. Tak więc jazda metrem i obejrzenie stacji było ciekawym przeżyciem (zwłaszcza, jeżeli najpierw przeczytało się Metro 2033 Glukhovskiego ;) ) i zaskoczeniem. Pozytywnie, to system transportu miejskiego (jeden bilet do wszystkiego), za automaty do sprzedaży biletów, które obsługują karty płatnicze. W Rzeszowie jeszcze takiego nie spotkałem, chociaż chodzą słuchy że ktoś coś takiego widział :P No i jeszcze za częste kursy metra (co 2-3 minuty pociąg) w obu kierunkach. Co więcej, zauważyłem, że coraz więcej powstaje parkingów typu "Parkuj i jedź" - moim zdaniem, genialny pomysł. Gdybym mieszkał w Warszawie, to raczej bym z tego korzystał. Ale nie mieszkam i nie planuję mieszkać :P
Negatywnie - strasznie głośno, dźwięk (a właściwie pisk) hamulców ładnie daje po uszach, dlatego większość pasażerów ma słuchawki ;]
Ale, wracając do podróży; po wyjściu ze stacji Metro Wilanowska, wiadomo było że nie zdążymy na Polskiego Busa. Jeszcze Przemysław próbował szukać stacji Shell, przy której powinny odjeżdżać autobusy, ale nikt w metrze nie miał bladego pojęcia gdzie to jest. Dopiero jakiś dobry człowiek powiedział nam, że kawałeczek dalej jest duży przystanek MPK, więc tam skierowaliśmy kroki. No i niestety, tam był właściwy przystanek, ale jednak już bez naszego autobusu. Co dalej? Podeszliśmy do biura, dowiedzieliśmy się czy da radę przebookować bilety - niestety, nie ma takiej opcji. Cóż, kupujemy drugie miejscówki na następny kurs o 13:30. Mając dwie godziny czasu, nie dostrzegając niczego ciekawego w zasięgu wzroku, wpakowaliśmy się do metra i wróciliśmy na stację Centrum, aby coś przegryźć na słynnych Złotych Tarasach.

Jedziemy czerwonym autobusem

Szybka przekąska, powrót na stację Wilanowska. Czerwony autokar do Gdańska już czekał na przystanku, więc pozostało nam zająć wolne miejsca i ruszyć w kierunku Ostródy.

Na Olsztyn! 2
źródło: własne

I tutaj muszę przyznać, że byłem pod sporym wrażeniem - naprawdę wygodne siedzenia, miejsca na nogi też było sporo, więc da radę nawet się zdrzemnąć. No i działające nawet dobrze WiFi, które ratowało mnie przed odcięciem cywilizacyjnym - jak na złość tego dnia w moim telefonie zaczął wariować soft, nie wykrywając sieci GSM. I muszę powiedzieć, że nie tylko ja korzystałem z tego dobrodziejstwa - co najmniej jeszcze z 5 osób korzystało z internetu w swoich laptopach. Chciałem skorzystać jeszcze z gniazdka 230V, ale nie mogłem go dostrzec w zasięgu wzroku - dopiero przy wysiadaniu Przemysław je zobaczył.
Po godzinie 17:00, krętą, przebudowywaną drogą krajową nr 7 dojechaliśmy do Ostródy (no, może nie do centrum, ale gdzieś na obwodnicy miasta), gdzie nasz przystanek znajdował się... przy stacji Shell. Po kilkunastu minutach oczekiwania pod Stacją Kontroli Pojazdów, lekko przysypani padającym śniegiem, podjechał po nas jeden z organizatorów OlCampa. Wpakowaliśmy się do auta i już ruszyliśmy w ostatnią podróż do Olsztyna. Z auta trafiliśmy prosto na konferencję, zajęliśmy dobre miejscówki i wysłuchaliśmy prezentacji. A co było?

Krótki wstęp do kryptografii przygotowany przez ekipę z Empathy.pl, prezentacja MongoDB, w której proste zadania na bazie były wykonywane w trakcie prezentacji, ale w taki sposób, że nawet taki leszcz jak ja zdołałem zrozumieć jak to mniej więcej działa ;) Na sam koniec głos zabrał Przemysław, który w ciągu godziny zdążył przedstawić większość zagadnień ze swojej prezentacji, jednak tak wyczerpał temat, że uczestnicy OlCampu przez dłuższą chwilę musieli zbierać szczęki z podłogi. Po prezentacjach oczywiście poczęstunek w postaci pizzy i afterparty, na którym nie uczestniczyłem - chociaż teraz trochę żałuję - ale po takiej podróży jedyne o czym marzyłem to prysznic, łóżko i gniazdko do podładowania komórki.

Powrót

Następnego dnia trzeba było ruszyć w drogę powrotną na południe Polski. PolskiBus odpadał, ponieważ nie mielibyśmy jak się dostać na obwodnicę Ostródy, na przystanek. Pozostała nam komunikacja PKS, i tutaj nam się udało - akurat rano jechał pośpieszny do Warszawy, trzeba było tylko dostać się na dworzec z centrum Olsztyna.

Na Olsztyn! 3
źródło: własne

Idąc trochę okrężną drogą, stwierdziliśmy że stolica województwa warmińsko-mazurskiego jest mocno pagórkowatym miastem, szczególnie okolice Rynku. Trochę mi się to kłóciło z moim standardowym wyobrażeniem krainy jezior, która to powinna być płaska, ale przyznam szczerze, że z geografii orłem nie byłem ;] Po sporym spacerku, zrobieniu pamiątkowej fotki pod Wielką Bramą i zjedzeniu najbardziej przepłaconego zestawu śniadaniowego na dworcu w Olsztynie zapakowaliśmy się w Autosana jadącego na Dworzec Zachodni w Warszawie.
Po kilku godzinach jazdy znów trafiliśmy do Stolicy, gdzie mieliśmy mieć nieco dłuższy postój, ale Przemysław, w wolnych chwilach od czytania biografii Jobsa znalazł kolejne połączenie PKSem do Rzeszowa. Niestety, jak się okazało, to było dłuższe połączenie od poprzedniego - a wbrew pozorom, zależało mi na czasie, ponieważ następnego dnia miałem egzamin. Teoretycznie, można było się uczyć w autobusie, ale niestety, lecąca z głośników muzyka zawierająca hity gatunku disco-polo skutecznie nie pozwalała się skupić na czytaniu.

Po godzinie 21:00 wysiedliśmy na dworcu w Rzeszowie. Nareszcie jakieś znajome widoki, teraz tylko wpakować się MPK i dotrzeć na swoje osiedle...

Mówią, że podróże kształcą - i to jest prawda. W czasie tego wyjazdu nauczyłem się, że godzina na przesiadkę to za mało; metro jest dobrym środkiem transportu, mimo tego że jest głośne; i że TVN wydaje sporo na marketing (gdzie się nie obejrzysz w Warszawie, widzisz tą twarz - od razu przypomina mi się dowcip o Leninie i lodówce...)
Sam Olsztyn? Pewnie, gdybyśmy mieli więcej czasu, dałoby się lepiej poznać to miasto - tak więc coś czuję, że jeszcze tam kiedyś zawitam...

Do następnego!

BONUS: cóż, rozwijam swój hmm... talent? To za duże słowo... - w każdym bądź razie, pod adresem pierwiastekzciasta.soup.io znajdziecie rysunki sytuacyjne mojego autorstwa - zupa będzie prowadzona na bieżąco, więc łapcie za RSSa!

Wpis w kategorii: Geek w..., Wydarzenie 5 Komentarze
20lis/113

Sony Ericsson Xperia Neo – recenzja

Moje ostatnie zabawy Huawei Ideos tylko przekonały mnie bardziej do zakupu telefonu z Androidem na pokładzie. System bardzo mi się spodobał, przede wszystkim dzięki swoim prawie nieograniczonym możliwościom. I tak, na przełomie września i października podziękowałem za dotychczasową współpracę LG GT500, a w moje ręce wpadł Sony Ericsson Xperia neo.

Xperia NEO 1
źródło: własne
Zobacz zdjęcia telefonu w albumie umieszczonym w serwisie Flickr.com

Muszę powiedzieć, że na początku miałem lekkie opory, gdy przedstawiciel T-Mobile prezentował mi Sony Ericssona. Jak poczytacie w komentarzach pod poprzednimi wpisami, miałem chrapkę na Motorolę Defy ze względu na odporną na zalania obudowę i wytrzymalszą szybkę wyświetlacza - dla mnie praktyczność bardziej się liczy niż bajery. No i jakoś nie ufałem zbytnio japońsko-szwedzkiemu producentowi (mimo posiadania modelu W300i, którego darzę pewnym sentymentem i do tej pory leży w szufladzie jako zapasowy aparat). Niestety, Prawa Murphy'ego zadziałały i w tym przypadku - wg. systemu operatora telefon można teoretycznie wziąć, praktycznie - nie ma już tych modeli w magazynach i nie będzie. Decyzja zapadła, wybrałem Xperię.

Pierwsze wrażenie.

Telefon jest nieznacznie większy od mojego poprzednika, a jest to spowodowane wyświetlaczem TFT o przekątnej 3,7", który wyraźnie prezentuje kolory, nawet przy dużym nasłonecznieniu. Ciemno-granatowa obudowa została wykonana z gładkiego mocnego plastiku, nie ma tutaj wrażenia "ścisnę-mocniej-i-pęknie", a tylna klapka trzyma się porządnie na kilku zatrzaskach. W górnej części telefonu znajdziemy gniazdo mini-jack 3,5mm, microUSB oraz HDMI. Z boku: diodę informującą nas o powiadomieniach, przycisk wyłącz/zablokuj, regulacji głośności oraz migawki aparatu. Z przodu Xperia posiada tylko trzy klawisze (wstecz, home oraz opcje), brakuje trackpada znanego z telefonów HTC czy chociażby testowanego przeze mnie Huawei. Nad ekranem znajdziemy jeszcze kamerę VGA służącą do prowadzenia video rozmów oraz czujniki zbliżeniowe. Natomiast z tyłu telefonu znajduje się aparat 8,1 mpix wraz z mocną diodą LED służącą jako lampa błyskowa - ale częściej przydaje się jako latarka.

Xperia NEO 2
źródło: własne
Zobacz przykładowe zdjęcia wykonane przez Xperia Neo

Pod obudową znajdziemy baterię o pojemności 1500mAh, która spokojnie starcza na 2 dni normalnej pracy (przy włączonym WiFi oraz GPS). Według Sony Ericssona, telefon w trybie czuwania powinien wytrzymać 400 godzin i tutaj trzeba mu zaufać - po prostu nie miałem jak tego sprawdzić ;] Sercem Xperii Neo jest procesor 1 GHz SnapDragon drugiej generacji, który umożliwia bardzo szybką i przyjemną pracę. Muszę jeszcze wspomnieć, że telefon posiada 512MB pamięci RAM, 320MB pamięci wbudowanej z możliwością rozbudowania kartami microSD do 32GB. Angry Birds śmigają aż miło ;-)

Co ma piernik do smartfona?

Oj, ma dużo - system operacyjny telefonu to wspomniany już wcześniej Android w wersji 2.3., którego nazwą kodową jest Gingerbread, czyli piernik. Różnice pomiędzy wersją 2.2. a 2.3? Zaraz po pierwszym uruchomieniu dosłownie byłem przerażony szybkością działa i płynnością animacji, chociażby prostego usuwania skrótu z ekranu głównego. Z widocznych jeszcze zmian, górna belka z informacjami o statusie telefonu zmieniła kolor ze srebrnego na czarny ;] Wygląd zmienił również Android Market, na bardziej kafelkowy, podobny do Windowsowego interfejsu Metro. W trakcie pisania tej notki wyszła aktualizacja dla Xperii Neo, która wprowadza m.in. wykonywanie zdjęć panoramicznych za pomocą przesuwania telefonu w przestrzeni czy zdjęć 3D. Dodatkowo ciekawym ficzerem jest obsługa multitouch, dzięki której możemy łatwo obracać i powiększać/pomniejszać zdjęcia czy Mapy Google.

Screenshot1Screenshot2Screenshot3
źródło: własne

Minusy? Dla mnie brakuje możliwości przejścia do ustawień Bluetooth czy WiFi za pomocą przeciągnięcia belki z notyfikacjami - coś takiego było w moim poprzednim telefonie, a widziałem na Galaxy Mini. Sytuację ratują widżety, ale to nie to samo. Jeżeli jest od tego apka, to proszę o zostawienie informacji w komentarzu ;] Kolejny - no może nie minus, ale upierdliwość związana z Androidem, to pilnowanie połączenia z siecią. O ile pobranie kilkunastu kilobajtów danych jeszcze tak bardzo nie obciąży konta, to aktualizacja maila już tak.
Po ponad miesięcznym korzystaniu z tego smartfona muszę stwierdzić jedno: Xperia Neo jest udanym telefonem - z szybkim procesorem, niezłym aparatem, dobrym wyświetlaczem no i rewelacyjnym systemem operacyjnym. Ode mnie dostaje piąteczkę.

Do następnego!

Wpis w kategorii: GSM, Recenzje 3 Komentarze
5wrz/117

Testujemy Smartfona, dzień ostatni

Kończąc pisać poprzednią notkę dotyczącą na temat programu Testuj Smartfona, nie byłem za bardzo zachwycony, podobnie jak inni blogerzy z Blipa którzy wzięli udział w testach (zajrzyjcie do wpisów Bobiko, Dudiego czy Partyzanta). Po dwóch tygodniach użytkowania wiele rzeczy się wyjaśniło...

Tajemnicza aplikacja działająca w tle nie jest taka straszna - co najmniej tak zapewnia rzecznik PLAY - służy ona tylko do sprawdzenia, czy wykonaliśmy daną, punktowaną czynność. I rzeczywiście - po zalogowaniu się do panelu na TestujSmartfona.pl widzimy listę wykonanych zadań, takich jak zmiana tapety, uruchomienie GPS czy pobranie aplikacji z Android Marketu. Czyli nie taki diabeł straszny...? O tym jednak tak szybko bym nie decydował. Na wszelki wypadek, jedyną osobą w kontaktach telefonu jest mój obecny numer telefonu ;]
Wracając do programu, samo zbieranie punktów jest fajne... ale tylko przez pierwsze kilka dni. Gdy doszedłem do momentu, w którym trzeba było wykupić usługę Muzykę na Czekanie, dałem sobie spokój ze zbieraniem punktów (moje dotychczasowe konto punktowe wynosi 673). Nawet dla wygrania jakiejkolwiek tajemniczej nagrody, (o której wspomniane jest w punkcie 6. Regulaminu) czy odkrywania kolejnych filmów z Jakubem W.

Testuj Smartfona - Huawei
źródło: TestujSmartfona.pl
A jak sam telefon Huawei? Cóż, bardzo mi przypadł do gustu ten mały touchpad - bardzo się przydaje osobom, które mają dość grube paluchy jak ja ;-) Zwiększa się wygoda pracy, łatwiej jest trafić w niektóre ikonki. Ponadto, sam ekran dotykowy jest jakby bardziej czulszy i przyjemniejszy w dotyku od tego, który posiadam w LG. Poza tymi ficzerami, moja opinia dotycząca budowy smartfona się nie zmieni. No, może jeszcze tylko to, gniazdo microUSB jest tak jakby... niedopasowane? Podłączając wtyczkę do gniazda, mam wrażenie, że jest ono zbyt luźne.

Po dwóch tygodnia testowania nie zmieniłem również zdania dotyczącego samego Androida (wersji 2.2.1), nawet mimo tego, że masa aplikacji została wrzucona do jednego wora w menu - a jestem przyzwyczajony do jakiegoś rodzaju katalogowania w telefonie. A same aplikacje? Cóż, jestem pod wrażeniem Nawigacji Google - spodziewałem się wygłaszanych przez lektora komunikatów po angielsku, a tutaj miła niespodzianka - przyjemny głos lektora (prawdziwego, nie takiego Jacka z IVONy :P ) podawał dokładne informacje dotyczące trasy. Do naviEXPERT czy AutoMapy mu daleko, ale jako bezpłatna alternatywa, to super rozwiązanie. Z ciekawszych aplikacji, to jeszcze Opera Mobile jako przeglądarka - ma dużo więcej możliwości, niż jej odpowiedniczka w wersji Mini; domyślna aplikacji pełniącej roli odtwarzacza - wielkim melomanem nie jestem, ale dla mnie była wystarczająca. A samo pauzująca się muzyka, gdy przypadkowo wyciągnęliśmy słuchawki - w moim przypadku, przydatna rzecz.

TestujSmartfona - Nawigacja Google
źródło: własne
Z minusów Androida, trzeba zaliczyć słabego, domyślnego Menedżera Plików, oraz dość częste zaglądanie do ustawień - chociaż tutaj sytuacje ratują widgety, które można wyciągnąć na jeden z pięciu pulpitów.

Samo oddanie zestawu Huawei Ideos przebiegło bez większych problemów - no, może prócz tego, że akurat w tym dniu w salonie Play, gdzie zwróciłem telefon, padł Internet dostarczany przez TP. Zostałem zapytany jaka jest moja opinia na temat Testuj Smartfona - stwierdziłem, że program jest dobry dla osób, które trzeba "przeszkolić" z zakresu korzystania ze smartfona i jego funkcji, które źle skonfigurowane mogą nieźle wstrząsnąć naszym portfelem w postaci rachunku od operatora. Dla pozostałych osób, które wiedzą na czym cała Androidowa rzecz polega, powiem szczerze - mogą to sobie darować. O dziwo, pani kierowniczka przytaknęła mi i stwierdziła jedną, ciekawą rzecz:

Otrzymane telefony do testów w ramach programu muszą być zawalone jakimś dodatkowym oprogramowaniem. Testowałam ten sam model, ale z różnych ofert (Testuj Smartfona i telefon dostępny w zwykłej ofercie) i ten drugi jest wyraźnie szybszy.

Kierowniczka Salonu Play w Zamościu

Może wina szybkości wynikała z wersji oprogramowania, albo... oj, coś czuję, że widmo szpiega w postaci TestujSmartfona.apk dalej będzie mnie straszyć ;]

Do następnego!

Wpis w kategorii: GSM, Recenzje 7 Komentarze
22sie/116

Testujemy Smartfona, dzień pierwszy

Jak zapewne wiecie, Play wystartowało z akcją pod tytułem Testuj Smartfona, której to celem jest - jak to ładnie określono w komunikacie prasowym - złamanie swojego oporu przed nowinkami technologicznymi. Cóż, ja osobiście nie mam takiego oporu przed nowościami, ale perspektywa pobawienia się telefonem z Androidem, z którym nie miałem jakoś do tej pory styczności, okazała się kusząca.

Play - zestaw TestujSmartfona
źródło: własne

O samej akcji dowiedziałem się z Dziennika Internautów, parę dni później zarejestrowałem się na stronie. Prócz podstawowych danych, takich jak e-mail, hasło i opcjonalny numer telefonu, system zażądał ode mnie numeru PESEL w celu sprawdzenia mnie we wszystkich instytucjach finansowych i nie tylko. Później, pozostało mi czekanie na e-mail od Play o moim być albo nie być w programie. Po 24 godzinach w mojej skrzynce pojawiła się wiadomość o pozytywnym rozpatrzeniu wniosku - teraz już została ostateczna decyzja o wyborze salonu, w którym chcę odebrać telefon i czekać na wybrany termin odbioru zestawu. Najbliższa możliwa data odbioru w jednym z salonów to był 19 sierpnia.
Kilka dni później, po zalogowaniu do panelu na TestujSmartfona.pl, zauważyłem, że 19. sierpnia nagle zmienił się na 22. sierpnia. No nic, trzy dni czekania dłużej.

Play - proponowane terminy
źródło: własne/Panel TestujSmartfona.pl

Dzisiaj w końcu udałem się do salonu fioletowego operatora na Rynku Solnym w Zamościu, tam otrzymałem do podpisu cyrograf zwany jako Karta Udostępnienia Danych ze znaną formułką "zgadam się na otrzymywanie informacji o ofertach promocyjnych..." (swoją drogą, jak zapytałem czy to wszystko musi być zaznaczone na TAK, to dostałem ripostę "Regulaminu Pan nie czytał?!") oraz Umowę użyczenia telefonu. Co ciekawe, Play deklaruje wartość telefonu - a przypomnę, jest nim HUAWEI IDEOS U8500 - na... 400zł. Szybki rzut oka na Allegro i już wiadomo, że gdybyśmy zapłacili karę umowną i sprzedali telefon, bylibyśmy do przodu ok. 100zł ;]

Play - 400zł
źródło: własne

Po podpisaniu powyższej umowy, poinformowaniu mnie o dacie zwrotu telefonu na 5. września i ostatecznie otrzymaniu siateczki z papierami, starterem i telefonem, wróciłem do domu na pierwsze zapoznanie się z Androidem.

Zanim jednak krótko opiszę Androida, najpierw hardware: Otrzymany Huawei IDEOS U8500 wygląda... tandetnie? Wiadomo, o gustach się nie dyskutuje, ale mi wygląd Huawei nie przypadł. Jest to typowy monoblok z wyświetlaczem 3,2 cala o wymiarach 320x480px, pod wyświetlaczem znajdziemy 4 przyciski (zielona + czerwona słuchawka, menu oraz wstecz) i trackpad, u góry włącznik, wejście microUSB i oraz gniazdo słuchawkowe 3,5mm. Z tyłu telefon mamy tylko aparat 3,2 megapikseli oraz głosik - pełen minimalizm, opakowany w dość miękki, matowy czarny plastik. Całość, jest zasilana baterią o pojemności 1150 mAh i napędzana procesorem 528Mhz i 256MB RAMu. Co ciekawe, gniazdo kart microSD jest starannie zablokowane baterią, więc osobom, które często zmieniają karty pamięci nie poleciłbym tego telefonu.
A, nie wspomniałem o zawartości pudełka: prócz aparatu z baterią znajdziemy ładowarkę, kabel USB, skróconą instrukcję obsługi i papierek dotyczący bezpieczeństwa. Dodatkowo, Play dorzuca kartę microSD 1GB - tak więc wyposażenie spartańskie.

Pora na pierwsze uruchomienie, i tu dla mnie zaskoczenie: z marszu mogę, ale raczej POWINIENEM podać login i hasło swojego konta Google, żeby mieć jak synchronizować dane. Cóż, mam tutaj pierwsze spotkanie w wirtualną klawiaturą w testowanym chińskim telefonie, a do dyspozycji mamy aż trzy układy: klasyczny QWERTY, alfanumeryczny oraz CooTek T+, czyli takie "łączone" QWERTY, gdzie do jednego przycisku są przypisane dwie litery z układu QWERTY - wygląda to mniej więcej tak: [QW] [ER] [TY]. Muszę przyznać, że ta ostatnia opcja najbardziej przypadła mi do gustu, jednak bez możliwości kalibracji ekranu i tak trzeba było wpisywać jedno hasło kilka razy, bo palec przypadkowo łapał jeszcze sąsiednie litery. Uważam, że gdyby była opcja kalibracji ekranu, nie musiałbym się tyle męczyć.

Po wstępnej konfiguracji możemy się zagłębić w sam system. Pierwszą rzeczą, którą muszę pochwalić płynność działania menu oraz niektórych aplikacji. W moim obecnym telefonie, czyli LG GT500 takich efektów nie znajdziemy, wszystko działa raczej ociężale - a tutaj Huawei radzi sobie nawet całkiem całkiem. Niestety, nie ma róży bez kolców - przy bardziej pamięciożernych aplikacjach czy większych grach jak Angry Birds czy Fruit Slice, chiński procesor po prostu nie daje rady. Liczba FPS-ów spada drastycznie, przez co możemy zapomnieć o takiej rozrywce.

Kolejną rzeczą, która mi przypadła do gustu w Androidzie, to blokada klawiatury wzorkiem. Przez ostatnie 1,5 roku korzystania z LG, kilkakrotnie już napisałem kilkadziesiąt bezsensownych SMSów do różnych osób, co spowodowane było banalnym odblokowaniem telefonu, poprzez delikatne muśnięcie ekranu. Tutaj, trzeba się namęczyć, chociaż, po śladach palców zostawianych na ekranie można łatwo dojść, jaki jest nasz wzorek... - ale za to już nie ma mowy o przypadkowym odblokowaniu telefonu.
Następna rzecz, to wcześniej wspomniane aplikacje. Jestem pod wrażeniem Android Marketu, zwłaszcza, że ZAWSZE jest kilka alternatyw dla aplikacji, której aktualnie poszukujemy (darmowych, jak i płatnych). To duży plus.

Na koniec, muszę jeszcze raz wrócić do samego programu Testuj Smartfona. W programie oczywiście zdobywa się punkty za wykonanie określonych zadań; za odpowiednią ilość punktów uzyskujemy odpowiednią pozycję w rankingu, a ta pozycja przekłada się na nagrody: pierwszym zadaniem jest pobranie aplikacji raportującej o naszych działaniach w programie, która ta nalicza punkty za nasze działania. I tutaj zaczynają się schodki, ponieważ nawet sam Android ostrzega nas przed pobraniem aplikacji, a po instalacji dostajemy całą litanię ostrzeżeń o uprawnieniach aplikacji od Play: dostęp do moich wiadomości (!), mojej lokalizacji, połączeń sieciowych, informacji osobistych (!), pamięci, połączeń telefonicznych oraz narzędzi systemowych. Nie wiem dlaczego, ale od razu przypomniała mi się afera z Apple i consolidated.db. A najlepsze jest to, że aplikacja cały czas działa w tle i nie da się zamknąć.

Podsumowując mój pierwszy dzień w programie TestujSmartfona: Play na minusie, za nagłą zmianę terminu odbioru telefonu oraz za tą swoją podejrzaną aplikację - muszę uważać z kim piszę i gdzie chodzę z tym telefonem; Huawei też na minusie, za kiepskie wykonanie telefonu i za wolny procesor; Android na plusie, mimo wpadki na początku z (nie)obowiązkową synchronizacją z kontami Google. Polubiłem ten system, ale wszystko może się jeszcze zmienić.

Najbliższy wpis za tydzień.

Do następnego!

P.S. Kolejny minus dla Play - mimo, że odebrałem telefon, system informuje mnie o tym, że mam go odebrać za 3 dni...

Wpis w kategorii: GSM, Recenzje 6 Komentarze